Od dnia, gdy zdołałem przejść w stylu idiotycznym trasę Śnieżnik - Śnieżka, minął już ponad rok. Czas wreszcie spisać wspomnienia, zanim czas zupełnie zatrze w pamięci szczegóły. Udało się dopiero a szóstym razem, blisko 9 lat od pierwszego przejścia, zakończonego sukcesem Maćka Laskowskiego, podczas którego padłem ostatecznie na Puchaczówce (szliśmy od Karkonoszy). To było zatonięcie u wejścia do portu. Kolejne próby, wszystkie ze startem ze Śnieżnika, kończyły się okropnym stanem stóp (pęcherze zajmowały raz jakąś jedną czwartą ich powierzchni) i smętnym powrotem z Barda, Srebrnej Góry lub Przełęczy Woliborskiej (a właściwie z Bielawy). Cóż, najważniejsza rzecz dla piechura to buty, a ja na początku nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że moje wspaniałe himalaje mają już okres świetności za sobą, a gdy wreszcie kupiłem sobie inne... eh, szkoda gadać. Były w miarę tanie i rozsądnie wyglądały. Niestety, na tym kończyły się ich zalety. Szybko przemakały i bardzo wolno schły, nie chciały się "pocić", a poza tym leciutko gniotły w paru miejscach. To wystarczyło, żeby po kilkunastu godzinach marszu nogi zaczynały się odparzać. Maciek Szalony nazywał je "ubogimi taternikami". Na szczęście na wyjeździe w Alpy w 1997 roku zaczęły się drzeć i musiałem kupić nowe. Nie powiem, jakie i w którym sklepie (kryptoreklama!), ale okazały się znakomite.

Swój udział w sukcesie ma też moja droga Żona. Należą się jej serdeczne podziękowania. Beata wprawdzie nie jest entuzjastką turystyki idiotycznej, ale nieopatrznie podarowała mi pod choinkę teleskopowe kijki. Nie wiem, czy bez nich dałbym sobie radę - zwłaszcza pod koniec. Wreszcie nie sposób nie wspomnieć o roli Polskich Kolei Państwowych, które zlikwidowały poranne połączenie z Kłodzka do Stronia Śląskiego. Zabrzmiało to z pewnością absurdalnie, ale dzięki temu wyruszyłem na trasę wyspany, choć z opóźnieniem. Z pociągu w Stroniu wysiadłem we wtorek, 27 lipca 1999 roku, dopiero o godzinie 10.46.

Pogoda była raczej paskudna, zupełnie inna od zapowiadanej poprzedniego dnia w telewizji. Spodziewałem się pięknego słońca i rześkiego, północnego wiatru, a tymczasem całe niebo zakrywały grube, szare chmury, w których - co było widać z pociągu - chowały się szczyty Borówkowej i Jawornika. Podstawa chmur na jakichś 850 metrach, na trawie ślady niedawnego deszczu - wszystko to nie zachęcało do dalekiego marszu. Uzbrojony jednak w kijki i wiarę w lepsze jutro, wciąż podbudowaną prognozą pogody, poszedłem żółtym szlakiem do Kletna. Tam bardzo szybko opuściłem szosę i leśnym duktami ruszyłem najpierw u stóp Młyńska, a potem doliną między Młyńskiem a Stromą do drogi, którą biegnie na Halę pod Śnieżnikiem szlak niebieski. Pod wiatą, przy której szlak skręca w las, zrobiłem pierwszy postój. Dało się wyczuć niemal niedostrzegalną zmianę pogody na lepsze. Powietrze nadal było nieprzyjemnie wilgotne (w związku z czym podczas marszu pociłem się niemiłosiernie), lecz podstawa chmur wyraźnie się podniosła - wiata leży prawie na 1000 metrach, a wciąż jeszcze nie wszedłem w mgłę. Nastąpiło to dopiero jakieś 150 m wyżej, na drodze położonej na wyraźnie zaznaczonym ramieniu, na które skręciłem z Drogi Nad Lejami po przecięciu głeboko wciętego w zbocze Leja Wielkiego. W miejscu, gdzie ramię zupełnie roztapia się w stokach Śnieżnika, droga ta łączy się ze ścieżką prowadzącą z domku myśliwskiego i przechodzi w trawers, by po dalszych kilkuset metrach odbić w dół. Robi się jednocześnie coraz mniej wyraźna. Nie wiem, dokąd prowadzi - żeby nie tracić wysokości, zawsze w tym miejscu trawersuję przez las do zielonego szlaku biegnącego przecinką graniczną. Jest to zaledwie jakieś 100 metrów. Tak zrobiłem także tym razem i po podejściu szlakiem stanąłem o godzinie 14.48 na szczycie Śnieżnika. Na ogół zatrzymuję się tam przynajmniej na kilka minut, tym razem było jednak tak nieprzyjemnie (zimno, wietrznie, mokro, do tego mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów), że od razu zszedłem na Halę pod Śnieżnikiem, wybierając ciepłe wnętrze schroniska na następny odpoczynek.

Po posiłku ruszyłem w dalszą drogę Żmijowcem. Natychmiast po wyjściu ze schroniska ogromną przyjemność sprawił mi - zamglony wciąż - widok szczytu Czarnej Góry, świadczący o ciągłym podnoszeniu się podstawy chmur. Dotarłem nań po piątej, po czym blisko 20 minut buszowałem wśród znakomitych czarnych jagód porastających wierzchołek. Mile zaskoczyło mnie to, że budowniczowie kolejki przewożącej narciarzy nie zeszpecili szczytu, lecz postawili górną stację kilkadziesiąt metrów niżej. Pogoda zrobiła się całkiem przyzwoita - z chmur wyłoniły się już wszystkie góry w zasięgu wzroku poza samą kopułą szczytową Śnieżnika, a na północy pokazały się pasy czystego, błękitnego nieba. Trzeba było tylko wybijać sobie z głowy wszelkie kalkulacje co do szans na dojście do celu. Najlepiej było w ogóle nie myśleć o tym, jaki kawał drogi jeszcze został do przejścia. Było już późne popołudnie, od siedmiu godzin byłem w drodze, a wciąż był to dopiero początek trasy! Nawet do końca pierwszej mapy jeszcze sporo zostało.

Kilka minut przed szóstą dotarłem na szosę na Puchaczówce, po czym na przełaj przez suchą już łąkę przeszedłem do żółtego szlaku biegnącego grzbietem Krowiarek. Wkrótce potem zatrzymałem się na krótko na Skowroniej Górze - pierwszy raz w słońcu i wreszcie z widokiem na Śnieżnik. Na krótko pojawiły się wspomnienia sprzed 9 lat - byłem w tym miejscu na pierwszej wycieczce z moją obecną żoną, w maju 1990 roku. Wtedy nawet jeszcze nie chodziliśmy ze sobą. Beata zrobiła wtedy swoje pierwsze (i jak dotąd jedyne, a ona zawsze twierdzi, że ostatnie) przejście idiotyczne. Jakoś tak samo wyszło - z Krosnowic do Wilkanowa przez Krowiarki i Czarną Górę. Po przeliczeniu okazało się, że było równo 50 punktów... Ze szczytu zszedłem szlakiem na przełęcz, przez którą prowadzi droga łącząca Waliszów z Konradowem i dalej tą drogą do Konradowa. Właśnie tam po raz pierwszy zadano mi pytanie, które potem prześladowało mnie na niemal całej trasie: co to za kijki? A gdzie narty (to już w formie dowcipu)? Przez następne dwa dni dzielnie na nie odpowiadałem, tłumacząc prostemu ludowi zalety kijków polegające na odciążaniu kolan. Po ósmej dotarłem szosą do Radochowa, a około dziewiątej przez 3 kwadranse odpoczywałem przy Jakini Radochowskiej. Bazowy, rządzący położonym obok jaskini polem namiotowym, był dość zaskoczony, że nie zostaję na noc. Wyjaśniłem jemu i jeszcze kilku siedzącym pod wiatą osobom moje upodobania ("jestem idiotą") i wyjawiłem cel wędrówki. Trzeba przyznać, że spotkałem się z - rzadkim w takich sytuacjach - zrozumieniem. W zapadającym zmroku podszedłem niebieskim szlakiem na rozdroże pod Gomołą Jesionowską, skąd - już w nocy - zszedłem do zbiegu trzech dolinek, z którego szlak wyprowadza pod Wilczą Górę Wielką. Jeszcze tylko zejście na przełęcz Leszczynową i podejście z końcówką prowadzącą stromym, kamienistym zboczem i stanąłem na Ptaszniku, gdzie zrobiłem kolejny, prawie 25-minutowy postój. Równo o północy ruszyłem dalej. Zdążyło się już całkiem wypogodzić i będący w pełni księżyc świecił jasno, dzięki czemu mogłem wyłączyć latarkę i oszczędzić baterie na później. Po pierwszej minąłem przełęcz Kłodzką. Początek Gór Bardzkich w tym miejscu to ściana płaczu - bardzo strome podejście na Podzamecką Kopę. Daje w kość, zwłaszcza na trasie idiotycznej, gdy człowiek ma już w nogach trochę kilometrów. Po jego pokonaniu czułem, że muszę odpocząć. Podniosłem się na nogi dopiero po 15 minutach by stwierdzić, że zaczyna się iść trochę ciężkawo. W czasie poprzednich prób było tak samo, tyle że tym razem przynajmniej nie dokuczały odparzone stopy. Za szczytem Grodziska z trudem powstrzymałem się od tego, by usiąść lub nawet położyć się na ziemi. Minęło dopiero 25 minut od ostatniego postoju. W zasadzie mógłbym się zatrzymać na jakieś 20 minut, ale takie szarpanie marszu z reguły prowadzi do poważnego spadku tempa. Jeden postój, za pół godziny następny... Postanowiłem, że muszę dojść na Ostrą Górę. Choć z pewnym trudem, ale udało się i gdy po trzeciej stanąłem na szczycie, pozwoliłem sobie na pół godziny przerwy. Dalsza trasa aż do Barda prowadziła cały czas w dół lub trawersami bez większych przewyższeń. Czułem się coraz bardziej zmęczony, więc postanowiłem nie wchodzić na Kalwarię, lecz z rozdroża na grzbiecie zejść na przełaj w dolinę, w której znajduje się kapliczka z ujętym źródłem. Przy kapliczce tej zatrzymałem się na blisko godzinę, by ugotować i zjeść zupę (pierwszy gorący posiłek na trasie) oraz uzupełnić zapasy wody - jeśli pominąć płytką i miejscami mulistą Młynówkę, to później miało z tym być raczej krucho, aż do Bielawskiej Polanki. Gdy przed szóstą spakowałem plecak, robiło się już jasno. Drogą podchodzili grzybiarze, a ja poszedłem na dół, do Barda.

Tu, nad brzegiem Nysy Kłodzkiej, znajdował się najniższy punkt całego przejścia. Widać jeszcze było szkody poczynione przez rzekę 2 lata wcześniej, w czasie "powodzi tysiąclecia" - stalowa latarnia była zgięta jak kawałek drutu. Mile zaskoczony stwierdziłem, że idzie mi się dużo lepiej. Długi odpoczynek zrobił swoje, a poza tym chyba zaczęło się palić sadełko, przepraszam, ruszył na dobre metabolizm tłuszczu. Jeszcze nigdy nie byłem w tym punkcie trasy w tak dobrym stanie. Nie mogłem powiedzieć, bym był wypoczęty, ale kryzys z Grzbietu Wschodniego minął i nie miałem większych kłopotów z pokonywaniem podejść. Około siódmej przeciąłem dolinę Młynówki, a wkrótce potem dotarłem do drogi, którą kilka lat temu biegł jeszcze niebieski szlak. Obecny wariant jest chyba troszeczkę dłuższy, ale pozwala na uniknięcie kilkukilometrowego marszu szosą. Po drodze pozwoliłem sobie na krótki odpoczynek przy scieżce. Szlak na tym odcinku nie wchodzi na żaden szczyt. Trawersy, przełęcze na głównym grzbiecie i na kolejnych przecinanych bocznych grzbiecikach - wszystko to nie ma końca. Kiedyś, gdy szedłem tamtędy już bardzo zmęczony, na obolałych nogach, wydawało mi się nawet że jakiś złośliwy leśny duszek zawinął przestrzeń w dodatkowym wymiarze, a ja mijam to samo miejsce co jakieś pół godziny. Wybawieniem jest stojący na jednej z przełęczy paśnik - jest to znak, że jeszcze tylko jeden trawers i zacznie się podejście na Wilczak. Na podejściu tym opuściłem szlak, który w tym miejscu robi bardzo szerokie zakole, i na szczyt wszedłem na przełaj przez las, oszczędzając około kilometra. Dochodziła godzina dziewiąta. Niecałe 15 minut zajęło mi zejście stromą ścieżką na Przełęcz Wilczą. W tym miejscu znowu porzuciłem szlak, by pójść duktem trawersującym grupę Słupa i Kortunału - najwyższych szczytów Grzbietu Zachodniego Gór Bardzkich. Dukt ten wije się po zboczu prawie poziomo, otwierają się z niego widoki na Ostróg, a wyprowadza przez wiadukt nad dawną trasą kolei na właściwą Przełęcz Srebrną. Dojście z tego miejsca do węzła szlaków szosą kosztuje około 20 minut marszu, po to tylko by kilkadziesiąt metrów wyżej pokonać ten sam odcinek w przeciwnym kierunku, zatem przebiłem się przez dość gęsty las wprost do góry, by wyjść na drogę omijającą Warowną Górę. Około wpół do dwunastej odpocząłem na Gołębiej, a potem przez Malinową i Szeroką zszedłem na Przełęcz Woliborską. Można powiedzieć, że w tym miejscu przekroczyłem swego rodzaju Rubikon, bo nigdy jeszcze na tej trasie nie dotarłem dalej. Była godzina 13, od startu minęło nieco ponad 26 godzin i wciąż byłem w zadziwiająco dobrej formie. Śnieżka zaczęła nabierać realnych kształtów.

Niewiele szczegółów pamiętam z tego popołudnia. Cały czas szedłem szlakiem czerwonym. Dzień był niewiarygodnie piękny. Świeciło słońce, po niebie płynęły zupełnie niegroźne, płaskie cumulusy i wiał rześki, północny wiaterek - dokładnie tak, jak miało być (według prognozy) od początku. Wcale nie było gorąco, pomimo że był to koniec lipca. Krótko mówiąc - wymarzona pogoda, by iść gdzieś bardzo daleko. Za Popielakiem, na Bielawskiej Polance odpoczywałem pół godziny. Jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie nie schodząc z grzbietu można uzupełnić zapas wody - zaraz za przełęczą znajduje się źródło. Kilka minut po trzeciej wszedłem na Kalenicę. Z wieży widokowej rozpościerał się wspaniały widok, ograniczony w zasadzie tylko horyzontem. Znajdowałem się prawie dokładnie w środku trójkąta wyznaczanego przez Śnieżkę, Śnieżnik i Ślężę, których szczyty widać było jak na dłoni. Czy ich widok tego dnia - to nagroda za wytrwałość? Nie odpoczywałem na Kalenicy i nie schodziłem do Zygmutówki, tylko strawersowałem ze szlaku leśną drogą na Przełęcz Jugowską. Po piątej doszedłem na Wielką Sowę, gdzie - jak zwykle - kręciło się pełno ludzi. Przysiadłem na trawie na pół godziny. Zaczynałem poważniej odczuwać trudy trasy i czułem, że to już nie jest przejściowy kryzys, podobny do tego z nocy w Górach Bardzkich. Nie było się zresztą co dziwić - w nogach miałem już ponad 130 punktów GOT, a od rana niewiele odpoczywałem. Na Przełęcz Sokolą zszedłem najkrótszym wariantem, szlakiem narciarskim. Tym samym szlakiem poszedłem do Głuszycy, omijając szczyt Włodarza. Pod koniec zejścia w moje nogi wkradł się nieprzyjemny, kłujący ból mięśni przy każdym kroku. Jak się miało później okazać, był to najpoważniejszy przeciwnik, z którym przyszło się zmierzyć - ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.

Gdy znalazłem się wreszcie w Głuszycy, zapadał już zmrok. Trochę się obawiałem drugiej z kolei zarwanej nocy - doświadczenia z nieudanej próby przejścia Śnieżka - Śnieżnik i z zimowej trasy Ślęża - Śnieżnik miałem niezbyt ciekawe. Wobec opóźnienia zdecydowałem się na popsucie stylu przejścia. Pierwotnie planowałem, że pójdę przez Grzmiącą i Jeleniec do Andrzejówki, gdzie miałem być wieczorem, a stamtąd czerwonym szlakiem przez Sokołowsko i Lesistą Wielką zamierzałem iść do Grzęd. Nie wiedziałem jeszcze o perturbacjach na kolei i myślałem, że ruszę na szlak prawie 3 godziny wcześniej. Wybrałem wariant wyjątkowo ohydny i nieprzyjemny, ale za to o jakieś 10 punktów krótszy - szosą przez Rybnicę Leśną du Unisławia Śląskiego. Szkoda o tym pisać, mogę tylko odradzić chodzenie tamtędy innym. W każdym razie kijki teleskopowe okazały się przydatne do odpędzania psów. Między Rybnicami Małą a Leśną miałem propozycję podwiezienia, ale zdecydowanie, choć grzecznie odmówiłem. Zdumiony kierowca spytał: "A kiedy pan chce na tą Śnieżkę dojść"? "Jeśli dobrze pójdzie, to jutro po południu" - odparłem, podziękowałem za dobre chęci i pożegnaliśmy się. Ciekawe, co sobie o mnie myślał - pewnie stwierdził, że to jakiś idiota.

Z prawdziwą ulgą zszedłem za Unisławiem z szosy na zielony szlak prowadzący na przełęcz między Dzikowcem a Lesistą (a właściwie między Sokółką a Stachoniem). Po drodze miałem, hmm - wstyd się przyznać - pewne kłopoty orientacyjne. Tam, gdzie kończyło się prawie płaskie dno doliny, stanąłem na błotnistym rozdrożu. Prowadziły z niego dalej trzy ścieżki - wszystkie w górę. Nie byłem w tym miejscu od kilku lat, a żadnych znaków nie było w świetle latarki widać. Straciłem tam chyba ponad 5 minut, sprawdzając kolejne warianty. Jak na złość, szlak prowadził ostatnią ze ścieżek, leżącą najbardziej na prawo i najmniej wyraźną, przez co zostawiłem ją na koniec jako najmniej prawdopodobną. Wkrótce potem stanąłem na przełęczy, rozwinąłem karimatę i wyciągnąłem maszynkę do gotowania. Dochodziła pierwsza. Nadszedł czas, by znowu zjeść coś ciepłego. Ciekawa jest ta przełęcz - bardzo wyraźnie zaznaczona w terenie, w miarę ważna komunikacyjnie (przynajmniej dla piechurów), bo stanowiąca najkrótsze połączenie Unisławia z Grzędami - a nie ma nazwy. Jacek Potocki kiedyś wpadł na pomysł, by nazwać ją Przełęczą Tercetu Idiotycznego. Może to nie było takie głupie? Prowadziło przez nią już sporo tras, a Jacek z Aśką (jego partnerką z przejścia Ślęża - Śnieżka, a obecnie żoną) ukuli nawet termin "magistrala idiotyczna". Nasza przełęcz oczywiście na niej leży.

Gdy czekałem, aż zagotuje się woda, zrobiło mi się trochę chłodno. Noc była wyjątkowo zimna, jak na środek lata. Było na pewno poniżej 10 stopni, bo para z oddechu kondensowała w powietrzu. Założyłem na koszulę bluzę z polaru i ogarnęło mnie miłe ciepło... Świat zaczął mi pływać przed oczami... Natychmiast zdjąłem z grzbietu dodatkowe okrycie - lepiej trochę pomarznąć niż zasnąć akurat teraz, tak blisko celu! Zrozumiałem, że znoszę dobrze brak snu właśnie dzięki zimnu. Nie było zresztą wcale tak strasznie - tłuszczyk w moim organiźmie rozhajcował się już na dobre. Uzupełniłem zapiski z trasy. Niewiele tego notowałem - ot, po prostu godziny mijania ważniejszych punktów oraz miejsca i czasy odpoczynków. Marek Kamiński powiedział kiedyś, że prowadzenie dziennika podróży podczas marszu przez Antarktydę do Bieguna Południowego było jedyną ludzką czynnością. Coś w tym pewnie jest, a poza tym w czasie wcześniejszych prób, gdy nie chciało mi się już prowadzić zapisek, to wkrótce potem odechciewało się też iść. Wreszcie zagotowała się woda. Zjadłem puree ziemniaczane i jeszcze trochę poleżałem na karimacie, gapiąc się w niebo. Trzeba było wykorzystać godzinny limit odpoczynku, bo nogi dawały mi się coraz bardziej we znaki na odcinkach wiodących w dół, a czekało mnie teraz zejście do Grzęd. Po drodze skorzystałem z okazji do uzupełnienia wody, bo ta z Gór Sowich już prawie się skończyła, a wiedziałem, że aż do Śnieżki czystych strumieni już po drodze nie będzie. Minąłem położone w malowniczej kotlince kąpielisko i w Grzędach z powrotem wszedłem na szlak czerwony, by wkrótce odbić z szosy w stronę Krzeszowskich Wzgórz. Z drogi wiodącej łąkami roztaczał się niesamowity widok, pasujący raczej do jesieni - nad stawami lśniły w świetle księżyca pasma mgieł. Gdy opisywałem później żonie ich urok, wzdrygnęła się i stwierdziła, że to była sceneria jak z horroru w rodzaju "Psa Baskerville'ów". Kobiety bywają dziwne.

Wkrótce po minięciu stawów zagłębiłem się w las. Było dość jasno, więc czołówkę włączałem tylko w co mroczniejszych miejscach i na rozdrożach. Brak snu dał w końcu o sobie znać - niby wszysto było dobrze, ale mój mózg zaczął dobierać różne dziwne wzorce do obserwowanej w świetle księżyca rzeczywistości. Najpierw zobaczyłem jeża, który po zapaleniu latarki okazał się być kępą suchej trawy. No cóż, jeż - zwierzę nocne, więc spotkanie go w tym miejscu i o tej porze nie byłoby niczym nadzwyczajnym, zatem to skojarzenie nie było jeszcze takie nonsensowne. Prawdziwą niespodziankę umysł sprawił mi, gdy już wdrapałem się na grzbiet Krzeszowskich Wzgórz. Ujrzałem na ścieżce nie mniej i nie więcej, tylko miniaturowego prosiaczka z zakręconym ogonem! Tego było już za wiele. Na szczęście inna część mojej świadomości podpowiadała, że tak małych prosiaczków po prostu nie ma. Nie ma? Faktycznie, gdy zbliżyłem się do niego (a nie spuszczałem z tego cuda wzroku), zmienił się w mysz. Dość tego! Włączyłem latarkę. Prosiaczek-mysz stał się dużym, suchym i poskręcanym liściem. Dobrze, że za godzinę zrobi się jasno.

Świt zastał mnie na Górze Świętej Anny. Wkrótce potem szedłem już przez Krzeszów. Zejście ze wzgórz kosztowało mnie strasznie dużo wysiłku. Tak, właśnie zejście. Odwróceniu uległ tradycyjny porządek, zgodnie z którym człowiek odpoczywa, idąc z górki. Mnie zdecydowanie łatwiej szło się pod górę. Ból w mięśniach stał się dotkliwy, w związku z czym skracałem odcinki marszu do mniej więcej godziny, przeplatając je 10-15 minutowymi odpoczynkami. Od początku trasy na każdym postoju starałem się coś zjeść (zwykle była to nieduża kromka chleba z serem). Później ktoś zażartował, że jadłem jak noworodek - co godzinę po troszeczkę. Coś dziwnego zaczęło się dziać z pogodą - z północy napłynęły z dużą prędkością niskie, szare chmury. Czyżby gwałtowne załamanie? Śnieżka była już o przysłowiowy rzut beretem i czułem, że tylko jakaś katastrofa może mi uniemożliwić dotarcie na nią. Taką katastrofą mogłaby być kilkugodzinna burza. Chociaż nie, na burzę było zdecydowanie za zimno, ale gdyby zaczęło padać... końcówka trasy byłaby bardzo nieprzyjemna. Na razie jednak było tylko pochmurno i - jeśli pominąć brak spodziewanych widoków na Karkonosze - nie mogłem specjalnie narzekać na warunki. Za Anielską Górą opuściłem czerwony szlak i polnymi drogami doszedłem do Błażkowej. Niestety po drodze przemoczyłem w trawie buty - poranna rosa nie zdążyła jeszcze wyparować. Trochę się wystraszyłem, że teraz już na pewno nie uniknę odparzeń. Na szczęście okazało się, że zarówno buty, jak i skarpety mam szybkoschnące i na postojach na przystanku PKS na skrzyżowaniu koło Paprotek i na łące powyżej Paczynia udało mi się doprowadzić je do porządku. Było to tym łatwiejsze, że chmury podniosły się, porozrywały i zaczęło znowu świecić słońce. Na tym ostatnim dłuższym, ponadpółgodzinnym postoju nabrałem ostatecznie pewności, że tym razem mi się uda. Stopy wytrzymały (prawie 200 punktów i żadnych pęcherzy), pogoda poprawiła się, minąłem ostatnią wieś i, co najważniejsze, dalsza droga miała prowdzić prawie cały czas pod górę! Zejście do doliny Bobru było bardzo niemiłe, a na szosie natychmiast wyczuwałem wszystkie spadki terenu.

Kilkaset metrów za miejscem postoju, prawie na początku lasu, w poprzek drogi stało ogrodzenie z drucianej siatki o dużych okach. Czyżby leśnicy postanowili złośliwie (tak jest, po dwóch nieprzespanych nocach człowiek myśli tak absurdalnymi kategoriami) utrudnić mi przejście? Ile to trzeba będzie obchodzić? Pełen tych i podobnych, czarnych myśli, ruszyłem w prawo przez las wzdłuż płotu. Wydawało mi się, że tu przynajmniej nie stracę wysokości, w przeciwnym kierunku bowiem zbocze lekko opadało. Wybór był dobry - po jakichś stu metrach ogrodzenie skręcało pod kątem prostym tak, że można było posuwać się równolegle do szlaku. Ujrzałem tam okropny widok. Wyszedłem na pas ziemi zrytej najwyraźniej ciężkim sprzętem. Las był wyrąbany na szerokości kilkunastu metrów. Kto to zrobił i po co? Wyglądało to mniej więcej tak, jakby miano w tym miejscu zbudować autostradę. Doszedłem tą autostradą z powrotem do szlaku i już bez większych przeszkód ruszyłem w stronę Okraju. Podczas odpoczynku na Rozdrożu pod Sulicą dostałem kolejną ofertę podwiezienia, tym razem na koniu! Oczywiście propozycja została odrzucona, ale z właścicielem konia uciąłem sobie pogawędkę, w której wyjaśniłem swoje motywy. O dziwo, człowiek ów potraktował to jak rzecz normalną, w przeciwieństwie do spotkanego nocą kierowcy. Najwyraźniej lepiej mieć konia niż samochód.

Na Okraju już się nie zatrzymywałem, tylko czerwonym szlakiem poszedłem na Przełęcz Sowią. Niestety, pod koniec trzeba było kilkadziesiąt metrów zejść, przez co na siodle przełęczy z trudem przebierałem nogami. Usiadłem na ziemi, zdjąłem buty i zabrałem się za jedzenie, chcąc nabrać sił przed stromym podejściem na Czarną Kopę. Musiałem wyglądać niezbyt ciekawie, bo zainteresował się mną przechodzący obok wopista (przepraszam - funkcjonariusz Straży Granicznej). Nie chciał żadnych dokumentów, spytał tylko dokąd idę. Odpowiedziałem mu możliwie jasnym, przytomnym i wyraźnym głosem. Jeszcze by się zaczął narzucać z pomocą. Na szczęście poszedł sobie, a ja wkrótce potem zebrałem się w drogę, na ostani etap przed szczytem Śnieżki. Obawiałem się, że 350-metrowe podejście na Czarną Kopę będzie najstraszniejszą ścianą płaczu w moim życiu, gorszą nawet od podejścia z kotła leżącego na południe od Lyskammu, w palącym słońcu wczesnego popołudnia i rozmiękłym śniegu, do schronu na Balmenhornie. Nawet różnica wysokości była podobna. Wtedy, 7 lat wcześniej, powtarzałem sobie, grzęznąc w śnieżnej brei i czując, jak nałożona na gołe ciało kurtka (to nie było żadne zboczenie, tylko kompromis między ochroną przed przegrzaniem a oparzeniami słonecznymi) przykleja się do skóry, że to przecież mniej niż z Sobótki na Ślężę. Co miało być teraz? Początek był rzeczywiście ciężki, ale gdy zbocze nastromiło się na wysokości Jelenki, stało się coś dziwnego. Zacząłem przeć w górę jak maszyna, nie zatrzymując się i prawie nie czując bolących nóg. Nie wiem, skąd wziął się ten nagły przypływ sił, ale - tak czy inaczej - pozwolił mi on na wejście na szczyt w ciągu 36 minut z Sowiej Przełęczy, czyli w czasie, którego nie powstydziłbym się nawet na zwykłej wycieczce z Karpacza. Ten piękny styl marszu skończył się jak nożem uciął, gdy przyszło zejść na płytką w końcu przełączkę w Czarnym Grzbiecie. Każdy krok był jak uderzenie obuchem w nogę, a siodło za nic nie chciało się przybliżać. Gdy wreszcie zaczęło się znów podejście, z trudem przestawiałem nogi. Powoli, krok za krokiem, po ułożonych przez Czechów schodkach, a potem Drogą Jubileuszową (dotychczasowy szlak wiodący wprost na szczyt został najwyraźniej zamknięty), pod koniec niemal zwisając na kijkach, szedłem przed siebie. Na szczyt Śnieżki doczłapałem o 14.55. Przejście było zrobione, trójkąt - wreszcie domknięty. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, poczułem - zamiast euforii - po prostu ulgę.

Pokręciłem się trochę po szczycie. Co za paskudne uczucie - nogi teraz bolały mnie zarówno w pozycji stojącej, jak i w siedzącej! Wstawałem więc co parę minut i robiłem kilka kroków (co przynosiło ulgę), po czym siadałem znowu. Chciałem wejść na chwilę do kaplicy, ale była zamknięta (od tego czasu nigdy nie była otwarta, gdy byłem na Śnieżce). Zjadłem coś, zadzwoniłem z automatu telefonicznego w schronisku do domu, trochę popodziwiałem widoki, chociaż nie mogły się równać z tymi z poprzedniego dnia. Pogoda była w zasadzie ciągle dobra, ale cumulusy przepływały tuż nad najwyższymi szczytami i były znacznie bardziej wypiętrzone. Śnieżnika - "oficjalnego" początku drogi - nie było widać. Tak minęła prawie godzina i czas było schodzić. Nie chciałem przerywać ciągłości przejścia i miałem nadzieję złapać ostatni pociąg z Karpacza. Były do niego wprawdzie ponad 3 godziny, ale dalsza droga - o zgrozo - wiodła cały czas w dół! Pomimo długiego odpoczynku zejście do Śląskiego Domu zajęło mi całe pół godziny, a przy budynku schroniska musiałem na chwilę usiąść na ławce. Kolejny pięciominutowy postój z konieczności zrobiłem w Kotle Łomniczki poniżej symbolicznego cmentarza ofiar gór (tylko bez głupich skojarzeń proszę). Krótko przed 17.30 minąłem schronisko "Nad Łomniczką", a kilkadziesiąt metrów dalej znów zmogło mnie na 10 minut. Tempo miałem, co tu ukrywać, kiepskie. Czułem, że trzeba się wziąść w garść, bo jeszcze zalegnę gdzieś po drodze i nie zdążę na pociąg. Ten argument pozwolił mi wykrzesać z siebie trochę sił i już bez odpoczynku doszedłem do Karpacza. Na dworzec kolejowy dotarłem o 18.47 - prawie dokładnie 56 godzin od wyruszenia na trasę w Stroniu.

Powrót do domu odbył się bez większych sensacji, ale w pociągu z Karpacza do Jeleniej Góry organizm upomniał się o zaległy sen. Pociąg ruszył i widziałem, jak wyjeżdżamy ze stacji, po czym pani konduktor obudziła mnie. Kupiłem bilet (kasa w Karpaczu była zamknięta) i schowałem go do kieszeni. Otworzyłem oczy i ze zdziwieniem zobaczyłem, że wszyscy wysiadają! Byliśmy już w Jeleniej Górze. Cala jazda - to była czarna dziura. Później za to nie mogłem za nic zasnąć w pociągu do Wrocławia. Przestawiłem się najwyraźniej na bardzo krótkie odpoczynki. Przeszło mi dopiero w domu. A potem? Nareszcie przestała mnie nachodzić natrętna myśl, że powinienem przecież jechać w góry, za każdym razem gdy latem z północy napływało chłodne, przejrzyste powietrze, a z jakiegoś powodu musiałem zostać w mieście. Poczułem się, jeśli można tak powiedzieć, spełniony jako idiota.

To co jest dalej, to już nie relacja z trasy, tylko moja prywatna opinia, z którą można się zgadzać lub nie. Gdy zastanawiam się, co pozwoliło mi przejść opisaną powyżej trasę (wyliczyłem, że miała 226 punktów GOT) - znajduję kilka odpowiedzi. Na pewno ważne były sprzyjająca pogoda i dobry sprzęt - buty i kijki. Kluczem do sukcesu chyba jednak było coś innego - powolność. Nie forsowałem tempa (średnio zaledwie 4 punkty na godzinę), dzięki czemu uniknąłem strasznego sztywnienia stawów na postojach. Owszem, trafiały się sporadycznie lekkie bóle i ukłucia, ale były naprawdę rzadkie i bardzo szybko mijały. Na pewno nie można ich było porównywać z bólem towarzyszącym człowiekowi przez kilkadziasiąt pierwszych kroków po każdym odpoczynku pod koniec pierwszej próby z 1990 roku, gdy Maciek, ze swoją przywiezioną z Kaukazu formą, od początku narzucił mordercze tempo marszu. Wtedy to było jak rozruch nienaoliwionego, dawno nie używanego mechanizmu. Tym razem na trasie nic takiego się nie działo, a poważniejszego sztywnienia kolan doświadczyłem dopiero w pociągu, gdy trzeba było wstać po dłuższym siedzeniu w takiej samej pozycji. Zatem chodźcie w miarę wolno, drodzy idioci, a dalej zajdziecie! Poza tym doszedłem do wniosku, że naprawdę bardzo daleko najlepiej jest chodzić samemu, ewentualnie w dwójkach złożonych z w miarę spolegliwych, dobrze znających się ludzi. Większa kompania jest miła przez pierwszych 100 punktów, gdy wszyscy są jeszcze wypoczęci. No, z tym może przesadziłem - powiedzmy, że są w przyzwoitym stanie ciała i umysłu. Potem zaczynają się kłopoty - jeden szedłby wolniej, drugi szybciej; ten chciałby odpocząć, tamten twierdzi, że to strata czasu. Rozmowy się nie kleją, bo ludzie nie mają siły ruszać ustami. Same zjawiska wspomniane przed chwilą czasem pojawiają się nawet wcześniej, ale gdy cel jest blisko (jakieś 20-30 punktów) - towarzystwu łatwiej wziąść się w garść, maruderom - trochę przyspieszyć, a narwańcom - zwolnić. Wiadomo, że tak krótki odcinek pokonają, przy umiejętnym rozłożeniu odpoczynków, także słabsi uczestnicy i nikt nie będzie musiał rezygnować. Jeśli trzeba jeszcze iść całą dobę - to zupełnie co innego. Mogą pojawić się konflikty na byle jakim tle, bo po prostu takie są skutki braku snu. Samotny wędrowiec nie ma takich problemów - dostosowuje marsz do swoich potrzeb i możliwości, a kłocić się nie ma z kim.

Zapiski z trasy (w nawiasach odległości i sumy podejść do danego punktu): 10.46 Stronie Śląskie PKP; 12.00 Kletno (6km, 160m); 13.00-13.20 wiata przy niebieskim szlaku; 14.48 Śnieżnik (14.5km, 960m); 15.10-15.50 schronisko "Na Śnieżniku"; 16.27 Żmijowiec; 16.50 Żmijowa Polana; 17.13-17.30 Czarna Góra; 17.56 Puchaczówka (24km, 1140m); 18.36-18.50 Skowronia Góra; 19.40 Konradów; 20.15 Radochów (35 km, 1180m); 20.47-21.30 Jaskinia Radochowska; 23.36-23.58 Ptasznik (45km, 1760m); 1.10 Przełęcz Kłodzka (51km, 1760m); 1.29-1.45 Podzamecka Kopa; 2.10 Grodzisko; 2.30 Jelenia Kopa; 2.37 przełęcz między Kłodzką a Szeroką Górą; 3.06-3.36 Ostra Góra (55.5km, 2080m); 3.57 Przełęcz Łaszczowa; 4.52-5.50 kapliczka ze źródłem; 6.05 Bardo (61.5km, 2100m); 7.05 dolina Młynówki; 7.55-8.11 postój przy szlaku, blisko Kukuły; 8.56 Wilczak (71km, 2500m); 9.10 Przełęcz Wilcza; 10.31 Przełęcz Srebrna (77km, 2520m); 11.25-11.50 Gołębia; 12.00 Malinowa; 12.34 Szeroka; 13.00 Przełęcz Woliborska (85km, 2870m); 13.50 Popielak; 14.00-14.30 Bielawska Polanka; 15.05-15.11 Kalenica - wejście na wieżę widokową; 16.00 Przełęcz Jugowska; 17.14-17.40 Wielka Sowa (97.5km, 3560m); 18.20 Przełęcz Sokola; 20.15-20.30 postój na zboczach Włodarza; 21.00 Głuszyca (110.5km, 3630m); 22.00 Rybnica Mała; 22.15-22.25 postój przy drodze; 23.00 Rybnica Leśna; 0.00 Unisław Śląski (124km, 3830m); 0.52-1.40 przełęcz między Stachoniem a Sokółką; 3.05 kąpielisko; 3.20 Grzędy; 3.45-4.00 postój pod Krzeszowskimi Wzgórzami; 4.15 Krzeszowskie Wzgórza; 4.50-5.00 postój poniżej Góry Świętej Anny; 5.30 Krzeszów (138km, 4100m); 5.56-6.06 postój koło Betlejem; ok 6.30 wymuszony postój 5 min pod Anielską Górą; 7.40 Błażkowa (145km, 4170m); 8.37-8.53 przystanek PKS na skrzyżowaniu koło Paprotek; 9.53-10.18 postój powyżej Paczynia; 11.30-11.45 Rozdroże pod Sulicą; 12.15 Okraj (159km, 4670m); 13.05-13.25 Przełęcz Sowia; 14.01 Czarna Kopa; 14.55-15.45 Śnieżka (165.5km, 5270m); 16.14-16.16 Śląski Dom; 16.35-16.40 Kocioł Łomniczki; 17.20-17.30 postój poniżej schroniska "Nad Łomniczką"; 18.47 Karpacz PKP (173km, 5270m).

Powrót na stronę turystyki idiotycznej